Autor : Alona Kimchi21 listopada 2009
Alona Kimchi - "Płacząca Zuzanna"
Autor : Alona KimchiTytuł: "Płacząca Zuzanna"
Ilość stron: 404
Ambiwalentne są moje odczucia po lekturze książki„Płacząca Zuzanna” Alony Kimchi.Podobnie zresztą jak postać Suzanny, głównej bohaterki powieści, miotającej się między szarym życiem, w którym trwa, a pragnieniem zmian, na które nie ma odwagi.
Suzanna ma trzydzieści trzy lata i pomimo swojego wieku wciąż mieszka z matką, która poprzez swoją toksyczną miłość, krzywdzi córkę . Suzanna jest odizolowana od społeczeństwa, krępuje ją każdy kontakt z drugim człowiekiem, panicznie boi się świata. Poruszające opisy lęków, strachu przed wszystkim co związane z cielesnością oraz kontaktami międzyludzkimi, nakreślają psychologiczny portret osoby wewnętrznie upośledzonej, jednocześnie zaś bardzo wrażliwej i delikatnej, zdominowanej przez osobę najbliższą, własną matkę.
Gdy do świata Suzanny wkracza niespodziewany Gość, daleki krewny, wspólne życie pod jednym dachem staje się dla dziewczyny niemal życiowym wyzwaniem. Jedynym uczuciem jakie towarzyszy jej w czasie obcowania z nieznajomym, jest chęć natychmiastowego i trwałego zapadnięcia się pod ziemie. Strach przed wspólnymi posiłkami, pójściem do toalety, czy wzięciem wieczornego prysznica to tylko przykłady skutków nadopiekuńczości matki.
„Jakie obrzydliwe, szkaradne jest ludzkie ciało. Wszystko to każe mi nieustannie wracać do myśli o moim własnym ciele przypominającym pasikonika z cienkimi nogami i zgarbionym grzbietem. Ciele, o którego istnieniu i związku ze mną staram się nie pamiętać nawet pod prysznicem, jak gdyby było rzeczą, o którą trzeba od czasu do czasu zadbać tak, jak o robot kuchenny, sedes czy pralkę. Myję je sprawnie i szybko, tłumiąc w zarodku wszelką myśl o nim.”
Nie trudno się domyśleć, że Gość odegra w życiu Suzanny istotną rolę, a początkowy strach i niechęć do mężczyzny z czasem zaniknie, a nawet zamieni się w nieznane do tej pory dziewczynie uczucie. I tu pojawiają się moje pozytywno-negatywne odczucia względem dalszej fabuły. Aby nie zdradzać przebiegu zdarzeń ( bo wbrew pozorom nie są one tak oczywiste ) pozwolę sobie tylko powiedzieć, że jak dla mnie trochę za szybko potoczyły się dalsze losy Suzanny, zbyt dużo się zdarzyło w zbyt krótkim czasie.
Nie wciągnęła mnie „Płacząca Zuzanna” również z innego względu. Mając w pamięci historię „Pianistki” Jelinek Elfriede, która oparta jest na podobnej problematyce, pokazującej skutki toksycznych relacji z własnym rodzicem, postać Suzanny nie zrobiła już na mnie tak dużego wrażenia. Zdecydowanie bardziej wstrząsnęła mną historia bohaterki „Pianistki”.
Odczytałam jednak całą powieść nieco inaczej. Pomimo moich negatywnych uczuć co do przemiany Suzanny, powieść utwierdziła mnie w przekonaniu o tym, że każda osoba, którą spotykamy w naszym życiu czegoś nas uczy, nie pojawia się zupełnie przypadkiem. Bo chociaż Gość jest zwykłym człowiekiem, można spojrzeć na niego jak na dobrego ducha, który zjawił się, by uświadomić Suzannie pewne rzeczy, a przez to już jej samej pomóc wyrwać się z świata w którym tkwi.
I tak ją zapamiętam ;)
.
1 listopada 2009
Elżbieta Tabakowska - "Tłumacząc się z tłumaczenia"
Autor: Elżbieta Tabakowska Tytuł: "Tłumacząc się z tłumaczenia"
Ilość stron: 160
O tym, jak trudna i czasochłonna jest praca tłumacza, nie trzeba przekonywać chyba nikogo. Dowodem na to, że tłumaczenie tekstu to ciężki kawałek chleba jest także nowa książka Elżbiety Tabakowskiej „Tłumacząc się z tłumaczenia”. Autorka przybliża czytelnikom charakter swojej pracy, pokazując jednocześnie jak wiele uwagi trzeba poświęcić z pozoru łatwemu do przetłumaczenia zdaniu, do ilu źródeł zajrzeć, a przede wszystkim jak wiele rzeczy już wiedzieć, by stworzyć dobry przekład.
Znana przede wszystkim z tłumaczeń książek Normana Daviesa, na przykładzie przekładów dzieł „Powstanie 44” oraz „Wyspy”, pokazuje jak wiele problemów oraz dylematów przysparza tłumaczowi praca nad tekstem. Różnice kulturowe pomiędzy odbiorcami oryginału, a odbiorcami dzieła już przetłumaczonego, różnice między światem rzeczywistym a światem przedstawionym w książce, wreszcie zaś szereg pułapek językowych, czy też słów nie mających swojego odpowiednika w innym języku, to tylko niektóre z wyzwań którym sprostać musi tłumacz.
Ciekawym wydaje się być problem ‘udomowiania’ dzieł, który to przysparza tłumaczom zawsze wiele wątpliwości. Posługując się przykładem książki „Powstanie 44” gdzie wszystkie niemal nazwy miejscowe i nazwy własne zostały przez Normana Daviesa przetłumaczone na język angielski, Tabakowska stawia pytanie o sens i cel takich językowych zabiegów. W wersji anglojęzycznej książki mamy bowiem do czynienia z nazwami dzielnic brzmiących nam zupełnie obco, np. Jolibord (Żoliborz), czy Riverside District (Powiśle). Wszystko zaś po to, aby anglojęzyczny czytelnik mógł rzekomo lepiej utożsamić się z miejscami o których czyta. Rozszyfrowanie angielskich wersji polskich nazw przysporzyło, jak sama tłumaczka przyznaje, zarówno jej jak i redakcji nie lada kłopotu.
Autorka porusza także kwestię dokładności i szczegółowości podawanych informacji oraz stosowania przypisów objaśniających niektóre zagadnienia. Ustosunkowanie się do wiedzy jaką przyszły czytelnik książki posiada lub też nie, a która odgrywa istotną rolę w zrozumieniu czytanego tekstu to również nie lada wyczyn. Inaczej bowiem odczyta tekst „Wysp” przeciętna gospodyni domowa, a inaczej profesor uniwersytetu. Jak więc usatysfakcjonować obojga z nich ? Nie można podać ani za mało, ani za dużo informacji. W pierwszym przypadku czytelnik zareagować może pytaniem „a niby skąd ja to mam wiedzieć ?” , w drugim zaś „czy on mnie bierze za idiotę?”. A złotego środka niestety brak.
W swojej książce Elżbieta Tabakowska pokazuje również przykłady pomyłek, jakie popełniła w czasie swojej pracy, a które z kolei wychwycili czytelnicy jej książek. Przyznaje się do swoich przeoczeń, nikt nie jest przecież nieomylny. Czym jednak jest jeden błąd w obliczu tysiąca przetłumaczonych stron?
Wydaje mi się, że książka może być nie lada gratką dla osób, którym nie jest obca treść książek „Wyspy” oraz „Powstanie 44”. Przy okazji lektury „Tłumacząc się z tłumaczenia” dowiedzieć się można wielu ciekawostek, problemów jakie pojawiały się na kolejnych etapach ich przekładu, szczegółów na które zapewne niewiele osób zwróciło uwagę czytając oba dzieła.
Oczywistym jest, że książka Tabakowskiej to nie poradnik „Jak być dobrym tłumaczem”. To raczej zbiór ciekawych, bo ukrytych jakby za kulisami, szczegółów pracy tłumacza. Pozycja przydatna jednak dla wszystkich, którzy interesują się przekładem lub tez myślą o profesji tłumacza. Jednak uwaga ! Ogrom kunsztowności i odpowiedzialności jaki wyłania się z książki Tabakowskiej, a stanowi chleb powszedni każdego tłumacza, może nie jedną osobę skutecznie przestraszyć ;)
.
18 października 2009
Malcolm Gladwell - "Punkt przełomowy"
Autor: Malcolm Gladwell Tytuł: "Punkt przełomowy"
Ilość stron: 262
Wciągnęła mnie seria książek „punkty przełomowe” wydawnictwa Znak. Nowe wydanie książki Malcolma Gladwella to kolejny zbiór wielu ciekawostek z dziedziny psychologii, socjologii oraz marketingu. Malcolm Gladwell korzystając z zasobów historii oraz powyższych dziedzin próbuje uchwycić i zobrazować momenty przełomowe, czyli decyzje, zdania, niewielkie zmiany, które przyczyniają się do wybuchów epidemii czy też popularności pewnych marek.
Jak sam autor przyznaje, do napisania „Punktu przełomowego” zachęcił go fenomen poczty pantoflowej, przekazu ustnego, który obecnie staje się niemal głównym, bo najefektywniejszym źródłem pozyskiwania klientów. Najważniejszą rolę odgrywają tu osoby określane jako „łącznicy”. To oni posiadają największą sieć kontaktów towarzyskich, dzięki czemu sami w sobie stają się niewyczerpalnym źródłem informacji a przez to kreowania ogólnej opinii.
Od przekazu ustnego, który stać się może punktem przełomowym, przechodzi Gladwell w swoich rozważaniach do bardziej złożonych relacji, powodujących zmiany w systemie myślenia najpierw jednej osoby, a później całej grupy ludzi. Analizie poddaje m.in. metody zwalczania wandalizmu czy zachęcania ludzi do szczepień przeciwko tężcowi. Pokazując jak niewiele dają tradycyjne metody, czyli karanie ludzi za malowanie graffiti czy też straszenie konsekwencjami braku szczepienia ochronnego, podaje przykłady niewielkich zmian w podejściu do ludzkich zachowań, przynoszących jednocześnie niewiarygodnie pozytywne skutki.
Wszystkie przykłady pokazują jak stosunkowo niewielka zmiana jednego z elementów środowiska wywiera ogromny wpływ na zachowania i postawy ludzi. Jeden z eksperymentów na grupie kleryków, pokazał, że wystarczy powiedzieć, że spóźnieni są na umówione spotkanie, a połowa z nich przejdzie obojętnie obok człowieka potrzebującego pomocy. Innym przykładem wpływu środowiska jest „reguła sto pięćdziesiąt”. Autor książki dowodzi, że ludziom znacznie lepiej pracuje się w grupie liczącej do 150 osób, gdy jest ich więcej praca nie przebiega tak sprawnie, ludzie oddalają się i tworzą podziały. Podobno nie da się dobrze poznać i przywiązać emocjonalnie z większą liczbą osób niż magiczne 150.
Ciekawą kwestią poruszoną w książce jest także fenomen programu dla dzieci „Ulica Sezamkowa”, który swojego czasu cieszył się przecież ogromną popularnością. Był pierwszym tego typu edukacyjnym programem telewizyjnym, oglądanym zarówno przez dzieci i dorosłych. Czemu jednak zawdzięczał tak wielki sukces ? Gladwell porównuje go także do innego, opartego na podobnych zasadach programie „Śladem Blue” który z kolei swój sukces zawdzięczał rzeczy, która wydawała się niemożliwa – powtarzaniu jednego odcinka po pięć razy.
Jak pisze sam autor :
"Punkty przełomowe są ostatecznym potwierdzeniem możliwości dokonania zmiany i siły racjonalnego działania. Rozejrzyjmy się wokół siebie. Choć nasz świat wydaje się nieruchomy i nieugięty jak skała, w rzeczywistości wcale takie nie jest. Wystarczy go lekko popchnąć – byleby w odpowiednim miejscu – i się poruszy"
Czytając książkę mamy więc okazje poznać ‘zaplecze’ społecznych epidemii, popularności pewnych trendów czy odnoszenia sukcesów przez programy telewizyjne, a więc rzeczy które przyjmujemy za naturalne, nie zastanawiając się nad powodem ani źródłem ich fenomenu.
I mała psychologiczna ciekawostka na koniec.
Spośród telewizyjnych reklam największą skuteczność osiągną te, które obrazem skłonią odbiorców do wykonania kilku pionowych ruchów głową ( np. prowadzenie wzrokiem odbijającej się piłki ). Okazuje się, że proste ruchy i zaobserwowane sygnały wywierają ogromny wpływ na nasze emocje i sposób myślenia.
Spośród telewizyjnych reklam największą skuteczność osiągną te, które obrazem skłonią odbiorców do wykonania kilku pionowych ruchów głową ( np. prowadzenie wzrokiem odbijającej się piłki ). Okazuje się, że proste ruchy i zaobserwowane sygnały wywierają ogromny wpływ na nasze emocje i sposób myślenia.
Kiwamy – podświadomie akceptujemy – kupujemy ;)
.
4 października 2009
Virginia Woolf - "Flush"
Autor : Virginia Woolf Tytuł: "Flush"
Ilość stron: 128
Przewrotna, momentami zabawna i lekka w odbiorze. Taka właśnie jest biografia „Flusha”, cocer spaniela, którego pieskie życie stało się głównym tematem książki Virginii Woolf. O autentycznym istnieniu Flusha świadczą listy, które w drugiej połowie dziewiętnastego wieku pisali do siebie brytyjska poetka Elizabeth Barret i jej mąż Robert Browning. Jak widać nie tyle sam romans, co przewijająca się w korespondencji kochanków postać Flusha, najbardziej zainteresowała panią Woolf. Czemu więc nie dać się ponieść wyobraźni i spróbować spojrzeć na świat z psiej perspektywy ?
Flush jest bowiem psem wyjątkowym. Podarowany jeszcze jako szczeniak przez pannę Mitfort pannie Barret, w bardzo krótkim czasie staje się jej najlepszym przyjacielem. Wydaje się, że rozumie i czuje więcej niż nie jeden człowiek, skłonny jest do refleksji, uczuć miłości czy zazdrości. Z czasem między nim a panną Barett zawiązuje się bardzo silna więź, oczywistym staje się, że jedno nie może być bez drugiego.
„Edukacja podobna do tej pobieranej w sypialni na tyłach domu przy Wimpole Street przemówiłaby nawet do zwyczajnego psa. Ale Flush nie był zwyczajnym psem. Był pełen wigoru, a jednocześnie skłonny do zadumy; psi, ale również wrażliwy na ludzkie uczucia. Do takiego psa atmosfera sypialni na tyłach domu przemawiała ze szczególną siłą. Nie możemy winić go za to, że jego wrażliwość została wykształcona kosztem cech bardziej męskich. To naturalne, że leżąc z głową opartą na greckim leksykonie, przestał z czasem lubić szczekanie i kąsanie; wybrał milczenie kota zamiast hałaśliwości psa, a ludzką sympatię cenił bardziej niż psią.”
Nie trudno nie dostrzec w książce typowych dla Virginii prób zagłębiania się w psychikę swoich bohaterów. Tym razem zabieg ten przyjmuje dość przewrotny charakter, bo analizie poddany zostaje psi umysł. To zaś sprawia, że powaga tematu ustępuje miejsca dobrej zabawie i nieraz wywołuje uśmiech. Jawi się bowiem czytelnikowi Flush jako pies nad wyraz delikatny, sentymentalny i wrażliwy, wyczulony na każdy dźwięk oraz ruch powietrza.
„Widać było, jak obraca się klamka ; drzwi istotnie otwierały się, ktoś wchodził. Jak dziwnie zmieniał się wtedy wygląd otoczenia ! Jakie zaczynały krążyć niezwykłe wiry dźwięków i zapachów ! Jak omywały nogi stołów i zderzały się z ostrymi krawędziami szafy !”
Równolegle z biografią Flusha, poznajemy panujące w Londynie obyczaje, także te dotyczące pozycji i znaczenia psów w społeczeństwie. Prowadzany po londyńskich ulicach na łańcuszku, Flush może czuć się zaszczycony, to łańcuszek sprawia, że nie jest zwykłym psem, że jest bezpieczny. Uliczki dziewiętnastowiecznego Londynu to bowiem obok klas bogatych, także dzielnice biedy, przestępców i złodziei. I również z nimi pewnego dnia przyjdzie się zmierzyć pannie Barett oraz jej pupilowi. Do głosu doją wówczas utarte przez społeczeństwo obyczaje i zasady, których podważać nie wypada, bo wstyd, bo hańba. Presja rodziny, uczucia Barett i znaczenie Flusha w życiu poetki, w końcu wystawione zostaną na kilka prób. Sytuacje, w których znajdzie się panna Barett wymagać będą dokonania ciężkich wyborów i podjęcia nieodwracalnych decyzji, ważnych zarówno dla ludzkiego jak i pieskiego życia.
Pozytywna i ciepła atmosfera, jaką stworzyła w swojej książce Virginia sprawia, że biografię Flusha czyta się niezwykle przyjemnie. Szkoda tylko, że przyjemność ta trwa tak krótko. Prawdę mówiąc niewielu przygodom Flusha mamy okazje towarzyszyć. Niektóre zaś można by zdecydowanie bardziej rozwinąć i poszerzyć. Bardzo szybko bowiem Flush zdobywa naszą sympatię i szkoda się z nim rozstawać. Któż bowiem nie chciałby mieć takiego sympatycznego wrażliwca u swych stóp w zbliżające się jesienne wieczory ? ;)
.
25 września 2009
Klaus Brinkbaumer - "Afrykańska odyseja"

Autor: Klaus Brinkbaumer
Tytuł: Afrykańska odyseja
Ilość stron: 258
Afrykańska odyseja z pewnością nie jest podróżą, w którą ktokolwiek chciałby wyruszyć. Towarzyszą jej strach, głód i ciągła niepewność co do miejsca finiszu. Niestety, dla wielu mieszkańców Afryki to jedyna możliwość by przeżyć, znaleźć pracę i godnie żyć.
W taką afrykańską odyseję wyruszył czternaście lat temu John Ampanem, uchodźca w Ghany. Należy do grupy szczęśliwców, którym udało się dotrzeć do 'europejskiego raju', znaleźć pracę i ułożyć sobie życie na nowo. Po latach rozłąki z rodziną, powraca jednak do opuszczonej Afryki. Wraz z niemieckim reporterem Klausem Brinkbaumerem wyrusza w swoją odyseję raz jeszcze i podążając tą samą trasą, pokazuje jak ciężkim i ryzykownym jest ona przedsięwzięciem. Efektem wspólnej wyprawy jest naładowany ogromem informacji reportaż, który porusza problem coraz powszechniejszej wśród mieszkańców Afryki emigracji.
Jako czytelnicy towarzyszymy Johnowi w jego powitaniu z rodziną w Ghanie, obserwujemy zachowania i zwyczaje tamtejszych mieszkańców. Pomimo tęsknoty i tak długiego czasu rozłąki, John musi jednak wracać do Europy by móc dalej przesyłać rodzinie pieniądze na utrzymanie. Kierujemy się więc na północ, kolejno przemierzając Togo, Benin, Nigerie, Niger, Algierie i Maroko. W każdym z tych miejsc napotykamy szereg problemów, obserwujemy biedę , chaos, brak kompetentnych urzędników. Po drodze dowiadujemy się od Johna jak ta podróż wyglądała kilkanaście lat temu, ile odwagi i determinacji wymagała. Teraz jest łatwiej, bo mając u boku białego człowieka i odpowiednią ilość pieniędzy jest się spokojniejszym i bez wątpienia bezpieczniejszym.
John Ampan przy okazji swojej powtórnej podróży prezentuje także szereg niepisanych praw jakimi rządzi się Afryka, zatytułowanych przewrotnie „afrykański dla początkujących”. Wśród nich wymienia on wszechobecną korupcja, która jest częścią afrykańskiej kultury i codzienności, ważność statusu o którym świadczyć ma posiadanie rodziny, wiara w magię i rzucanie klątw, uprzedmiotowianie miłości, interesowność w kontaktach z innymi ludźmi, w tym również z rodziną. To wszystko składa się na negatywny obraz mieszkańców Afryki, którzy pomimo narzekania na swój los, nie robią nic by go zmienić. Nie potrafią odpowiednio wykorzystać ani przysłowiowej ryby ani wędki.
W reportażu poruszone zostają także kwestie znaczenia Afryki w świecie, tego jak postrzegają ją inne kraje. Odgórna polityka, która narzucona była krajom Afryki, czas kolonializmu, niewolnictwa i wykorzystywania jej słabości wciąż zbiera swoje żniwa.
„Afryka ? Zacofana i tępa, zgięta wpół i usłużna, brudna i prymitywna – nazbyt często właśnie tak widzi się ten kontynent. I tak opisuje. I w ten sposób traktuje. Już samo utrzymywanie kolonii europejskie państwa uzasadniały rzekomą niezdolnością Afryki do samodzielnego rządzenia. Po czterech stuleciach , gdy zyski ciągnęli z niego wyłącznie inni, kontynent afrykański był rozdarty i zhańbiony.”
Dzisiejsze problemy Afryki wynikają jednak przede wszystkim z powszechnej tam nierówności, obejmowaniem władzy przez ludzi głodnych pieniędzy, niekompetentnych i skorumpowanych urzędników. Gdy inne państwa mogą się rozwijać, Afryka „wciąż jest jak sparaliżowana, bo leżała na ziemi skuta łańcuchami, gdy inni gotowali się do startu, aby rozpocząć bieg do nowoczesności.”
Nie dziwi więc, że Europa dla wielu afrykańskich emigrantów wydaje się więc być rajem, gdzie miejsc pracy jest zawsze pod dostatkiem, gdzie ludzie nie wiedzą co do głód i żyją tak jak zasługuje na to człowiek. W konfrontacji z rzeczywistością jednak bardzo często czar pryska, pozostawiając po sobie jedynie gorzkie rozczarowanie. Wielu uchodźców ma żal, że deportuje się ich z powrotem do Afryki, że wciąż wyczuwa się ich niższość, traktuje jako ludzi drugiej kategorii, gorszych i nie wartych uwagi. Pomimo tego, kierunek północ, świat po drugiej stronie morza, jest tym do którego wciąż zmierzają. Niektórym się udaje, tak jak Johnowi, który po czterech latach tułaczki wreszcie odnalazł w Europie spokój i pracę, założył nową rodzinę. Inni zaś próbują całe życie, ryzykują po kilka razy bez skutku. Bardzo często walka kończy się śmiercią. Z powodu braku pieniędzy dla nielegalnych przewoźników, z wycieńczenia, w końcu z braku wody i jedzenia nigdy nie udaje im się opuścić Afryki.
Ciężko sobie wyobrazić wszystko to, co opisuje w swojej książce Klaus Brinkbaumer. Jeśli nawet nie o samą wyobraźnie chodzi, to o fakt uświadomienia sobie zacofania i jednocześnie różnorodności Afryki. Rzut kamieniem i z miasta gdzie ludzie umierają z głodu, żyjąc w prymitywnych szałasach, przenosimy się do miejsca gdzie rozwinięta jest infrastruktura, ludzie chodzą do pracy, toczy się normalne życie. Zapewne komuś kto nigdy nie był na afrykańskim kontynencie, nie widział tego na własne oczy trudno będzie wyzbyć się poczucia fikcji. Dla mnie to wciąż abstrakcja, chociaż wiem, że przecież to wszystko fakty, przykra prawda, codzienność milionów ludzi.
I chociaż nie jest to podróż marzeń, to właśnie dla poszerzenia własnych horyzontów i podniesienia świadomości, polecam. ( oczywiście jedynie wersję książkową ;) )
.
18 września 2009
Haruki Murakami - "Na południe od granicy, na zachód od słońca"
Autor: Haruki Murakami Tytuł: "Na południe od granicy, na zachód od słońca"
Ilość stron: 231
„Wydawało nam się, że wiele wspólnie zbudowaliśmy, ale nie udało nam się osiągnąć ani jednej rzeczy. Byliśmy zbyt szczęśliwi.”
Podobają mi się te krótkie cytaty umieszczane na okładkach książek Murakamiego. Niby małe, niby ledwo widoczne, a jednak proszące się o przeczytanie i co ważne, wbijające się w pamięć. I właśnie tych kilka prostych słów sprawiło, że sięgnęłam po książkę „Na południe od granicy, na zachód od słońca”.
Główny bohater powieści, Hajime, bardzo szczegółowo oraz otwarcie odsłania przed czytelnikiem kolejne etapy swojego życia uczuciowego. Jego początkiem, a zarazem okresem, który zostawi największy ślad w duszy Hajime, są wczesne lata szkolne. To właśnie wtedy poznaje Shimamoto, dziewczynę, z którą dyskusje na temat książek i wspólne słuchanie płyt stają się niemal rytuałem. Spędzane razem popołudnia sprawiają, że pomiędzy dwojgiem młodych ludzi nawiązuje się bardzo silna więź, balansująca na granicy przyjaźni i miłości. Niestety przeprowadzka Hajime do innego miasta i zmiana szkoły powodują, że tak bliski do tej pory kontakt pomiędzy obojgiem, urywa się.
Mijają lata, Hajime spotyka na swojej drodze kolejne dziewczyny, jednak wspomnienie o Shimamoto wciąż nie przemija. Pomimo założonej rodziny, wspaniałej żony oraz stabilnej pracy, Hajime nie czuje się szczęśliwy. Wszystko, co do tej pory udało mu się osiągnąć nie daje satysfakcji ani poczucia spełnienia. Skorupa pod którą żyje Hajime pęka gdy pewnego dnia, po ponad dwudziestu latach, próg baru, w którym pracuje Haijme przekracza piękna Shimamoto. Zaczyna się walka, walka pomiędzy tym co czuje, o czym marzy, co chciałbym zrobić, a tym co do tej pory zbudował, co powinien robić, co narzuca mu rola męża i ojca.
Proza Murakamiego nie grzeszy bogactwem, ani pod względem językowym, ani fabularnym. Nie to jest jednak najważniejsze, to nie kwiecistość języka świadczyć ma o wartości przesłania, jakie zawiera książka. Bo podobnie jak przy cytacie, proste słowa i tutaj w zupełności wystarczają. A dodatkowo w tym przypadku sprawiają, że książkę czyta się błyskawicznie, bo równie błyskawicznie pragnie się poznać koniec historii. Koniec, który jednak pozostawił u mnie lekki niedosyt. Chyba za bardzo nastawiona byłam na inne zakończenie, ale cóż, przeszłości nie da się zmienić, a puzzli życia poukładać na nowo wedle naszych marzeń.
I nie wiem, czy to co teraz napiszę przemawia na korzyść czy na niekorzyść autora, ale odniosłam wrażenie, że książkę można czytać dosłownie wszędzie. Hałas, szum, rozmowy innych osób, tłok, pośpiech, nic nie było w stanie odwrócić mojej uwagi od lektury, a co najważniejsze, sprawić abym zgubiła wątek. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że Haruki to dobry autor do autobusowych jak i pociągowych podróży. Bo przy większości innych książek cisza, spokój i skupienie to u mnie podstawa ;)
Lekturze książki towarzyszył mi także ukryty gdzieś w podświadomości głos lektora, który to serwował wcześniej moim uszom „Norwegian wood”. Nie było rady, ten sam styl prowadzenia narracji sprawił, że nie mogłam przestawić się na swój sposób czytania. Jakoś tak bezwiednie mój umysł intonował zdania podobnie jak lektor z „Norwegian wood” . Na fakt ten jednak nie narzekam, gdyż pan lektor miał bardzo ciepły, głęboki i przekonujący głos. Obawiam się jednak, że będę go słyszeć przy każdej kolejnej książce Murakamiego. ;)
15 września 2009
Magda Buraczewska - "Słone paluszki"
Autor : Magda Buraczewska Tytuł: "Słone paluszki"
Ilość stron: 53
Emocje głęboko ukryte, przykurzone, odpychane, jednak proszące się o chwilę uwagi, o parę słów. Przelać je na papier jest nie lada sztuką, a swoją techniką, subtelną w słowach i precyzyjną w ich doborze, urzeka w swoim tomiku Magda Buraczewska.
Wiersze poetki sprawiają wrażenie dialogów prowadzonych między dwójką bliskich sobie osób, owej bliskości w życiu każdego z nich jest jednak z dnia na dzień jakby coraz mniej. Mieszanka perspektyw, liryczne ‘ja’ mówiące raz w męskiej, raz w żeńskiej formie, w wielu wierszach łączy się w jedno, liryczne ‘my’. Wspomnienia rzeczy prozaicznych, których piękno dostrzega się dopiero gdy już ich w naszym życiu nie ma, wspólne tematy, które przeminęły, fascynacja sobą i tęsknota za jednością, to oś wokół której krążą słowa poetki.
Lektura literek poetki wprowadza w lekko melancholijny nastrój, uderza w umysł, podaje jak na tacy smutne aspekty przemijalności i nietrwałości ludzkiego świata. Nie tylko tego, który nas otacza, ale przede wszystkim tego, który budujemy każdego dnia w swoim wnętrzu, sercu i umyśle. A który może zaboleć, gdy dzielony z drugą osobą, wraz z jej odejściem dostaje brutalnie zburzony. W wierszach wyczuwa się trochę żalu, trochę tęsknoty, trochę niespełnienia.
To co wyróżnia i przyciąga uwagę, to krótkie, zazwyczaj dwuwersowe motta poprzedzające każdy liryk. Motta autorstwa samem poetki. Oderwane od wiersza rządzą się swoją logiką, skłaniają do refleksji nad ich prostotą i głęboką wymownością jednocześnie. W kontekście całego wiersza zaś, są jakby od niego oderwane. Doszukać się jednak można między nimi cienkiej niteczki łączącej emocje obu z nich, motta i znajdującego się pod nim wiersza.
Słowa dla wrażliwców, szukających wierszy traktujących o miłości nieco inaczej. Nie wprost, bez górnolotnych słów. Poezja dla osób lubiących doszukiwać się tego drugiego, trzeciego, a nawet czwartego dna. Oczekujących od prostych słów czegoś więcej, czegoś, w co ubrać je może tylko poezja.
I pozostają tytułowe słone paluszki, których dosłowne znaczenie, z każdym wierszem nabierało dla mnie zgoła innego znaczenia. Słone paluszki, słone bo wycierające słone łzy, łzy po osobie której nie ma, która odeszła, po wspomnieniach, łzy z tęsknoty za czymś czego wciąż nam w życiu brak ?
7 września 2009
Leszek Kołakowski - "Czy Pan Bóg jest szczęśliwy i inne pytania"
Autor: Leszek KołakowskiTytuł: "Czy Pan Bóg jest szczęśliwy i inne pytania"
Ilość stron: 297
Dłużyło mi się i dłużyło. Dobrze jednak, że wytrwale uskuteczniałam to przedłużanie, aż wreszcie dotarłam do końca. Zdecydowanie było warto. Gdyby nie moja czytelnicza ciekawość, przegapiłabym wiele mądrych i cennych informacji oraz trafnych komentarzy do wielu zjawisk społecznych, do historii oraz aktualnych stosunków międzynarodowych. Tytuł książki może być bowiem nieco mylący, bo nie o samym Bogu i jego domniemanym szczęściu traktuje w swoich rozważaniach prof. Kołakowski.
Ostatnia książka prof. Kołakowskiego to zbiór esejów oraz artykułów poświęconych filozofii, Bogu, światu, prawdzie oraz metafizyce. I tak, jak rozdział poświęcony filozofii Kartezjusza, Leibniza, Heidegera, Nietzschego, Jaspersa może być nie lada gratką dla wielbicieli oraz pasjonatów ich nauk, tak w przypadku mojej osoby wymagał sprawdzania wielu rzeczy, doczytywania z innych źródeł założeń ich filozofii. Porównania oraz odwołania, które przytacza w swoich esejach prof. Kołakowski wymagają już pewnej wiedzy, bez ich elementarnej znajomości łatwo się pogubić w sensie i przesłaniu tego co czytamy.
Szukając jednak odpowiedzi na pytanie czy Pan Bóg jest szczęśliwy, już swobodnie możemy ponieść się rozważaniom prof. Kołakowskiego. Te czysto teoretyczne rozważania nad samą naturą Boga, skłaniają do zadania sobie pytania w jaki sposób go pojmujemy, czy jest dla nas siłą wyższą, osobą czy też czystą abstrakcją. Sam prof. Kołakowski nie zamyka się co do jednej postawy. Jako filozof rozważa każdą z opcji, pytając przy okazji czym jest nasza wiara. Zaznacza także, że kwestia ta zawsze będzie wzbudzać w ludzkości szereg wątpliwości, nic w naszym życiu nie jest bowiem wolne od pytań. Nie bez komentarza pozostawia także kwestie wojny, holocaustu, obozów śmierci, w obliczu których często stawiamy sobie pytanie, ‘gdzie był wówczas Bóg’ ?
Wolną od domysłów oraz retorycznych pytań jest część książki poświęcona światu, a od siebie dodałabym, że także ludzkiemu życiu. Któż z nas bowiem będąc dzieckiem nie chciał być już osobą dorosłą, później zaś marzył o powrocie do dzieciństwa ? Obie te postawy są zrozumiałe i jak przyznaje prof. Kołakowski zgodne z naszą naturą, a ponieważ cenimy sobie zarówno wolność i bezpieczeństwo, dobra te często ograniczają się wzajemnie. I tak oto przechodzimy do rozważań nad historią świata, nad systemami politycznymi, które miały ludzkości zagwarantować bezpieczeństwo (totalitaryzm) jak i dać wolność (anarchia), a które nie mogą w pełni zagwarantować ani jednego ani drugiego.
Wciąż jednak marzymy o społeczeństwie jak i świecie doskonałym. Organizacje międzynarodowej czy szybki rozwój techniki mają nam pomóc te marzenia urzeczywistnić. Kwestie takie jak genetyka czy nanotechnologia wzbudzają jednak u wielu osób więcej strachu niż ciekawości. I to właśnie im, a więc tematom wciąż aktualnym, poświęca prof. Kołakowski wiele miejsca, serwując nam wykłady lepsze niż nie jedne artykuły popularnonaukowe.
Rzeczą łączącą wszystkie eseje jest przede wszystkim bardzo obiektywne podejście do wszystkich poruszanych w książce tematów, bez zbędnego moralizatorstwa, wskazywania na to co dobre a co złe, bez narzucania czytelnikowi czegokolwiek. Łącząca się z tym faktem, kwestia istnienia jednej Prawdy czy istoty Wolności to bowiem temat, który również został poruszony w książce.
Jak pisze sam Kołakowski to książka o wszystkim, o dobru i złu, o Bogu i szatanie, o rozumie i nierozumie, o niepokojach naszego czasu. Sam także, chyba nieco skromnie, przyznaje, że nie znaczy to, że pisanie to jest dobre lub mądre. A jest i to jak najbardziej, szczególnie o obecnych czasach, kiedy coraz trudniej o głębsze przemyślenia i wartościowe refleksje.
29 sierpnia 2009
Virginia Woolf - "Pani Dalloway"
Autor: Virginia Woolf Tytuł: "Pani Dalloway"
Ilość stron: 230
Po raz pierwszy, przyjęta chronologia zapoznawania się w pierwszej kolejności z książką, a dopiero później z jej ekranizacją, została u mnie zaburzona. Tym razem to film „Godziny” przyczynił się do sięgnięcia przeze mnie po książkę Wirginii Woolf pt. „Pani Dalloway”. I kolejności tej nie żałuję. Relacja książka –film w tym przypadku wygląda bowiem nieco inaczej. W filmie przedstawione zostały sylwetki trzech kobiet, pierwszą z nich jest sama Virginia Woolf, drugą Laura, typowa pani domu, która namiętnie czyta napisaną przez Woolf „Panią Dalloway”, trzecią zaś jest sama bohaterka książki, Klarysa. Trzy perspektywy i trzy historie, które w niebanalny sposób łączy książka „Pani Dalloway”. Co jednak dokładnie kryje się pod okładką książki, która tak często pokazywana jest w filmie, a przez którą Laura wylewa morze łez ?
Główną bohaterkę książki, tytułową panią Dalloway, już starszą kobietę, poznajemy w czasie ostatnich przygotowań do organizowanego przez nią, wieczornego przyjęcia. W tym też dniu spotyka ona Piotra, swojego dawnego kochanka, który po długiej nieobecności powraca z Indii do Anglii. Wraz z nim powracają wspomnienia przeszłości, niespełnionej miłości, refleksji nad tym co było, a czego zmienić już nie można. W domu czeka na nią jednak córka Elżbieta oraz mąż Ryszard, wobec którego Klarysa nie żywi jednak zbyt gorących uczuć.
„ Choć była kiedyś taka śliczna, przychodziły jednak chwile – na przykład wtedy na rzece, w lasach Cliveden - kiedy przez tę oziębłość, tę wrodzoną dziewiczość Klarysa zrobiła mu zawód. A potem w Konstantynopolu i jeszcze dużo, dużo razy. Wiedziała, czego jej było brak. Miała pod dostatkiem urody, inteligencji. Było jej brak czegoś w środku, co promieniuje; czegoś ciepłego, co przebija przez zewnętrzną powłokę i rozprasza zimno panujące między mężczyzną i kobietą albo między kobietami.”
Postać Klarysy jawi się czytelnikowi jako osoba nie do końca szczęśliwa, nie potrafiąca przystosować się do otaczającej jej rzeczywistości, widząca niezwykłość rzeczy zupełnie prozaicznych, do tego zima i oschła wobec innych. Wydaje mi się, że sporo w postaci Klarysy samej Virginii Woolf, jej osobistych odczuć i przemyśleń.
Oprócz Klarysy oraz jej rodziny, poznajemy także Septimusa, trzydziestoletniego weterana wojennego, pogrążającego się w coraz większej depresji. Swoim smutkiem zaraża także żonę Lukrecję, która mimo wszystko stara się pomóc mężowi wrócić do życia. Samobójstwo, o którym staje myśli mężczyzna, w najmniej oczekiwanym momencie połączy losy Septimusa oraz Klarysy. Stanowić będzie niewidzialną nić, łącząca oba wątki.
„Śmierć jest wyzwaniem. Śmierć jest próbą porozumienia się podejmowaną wtedy, kiedy ludzie zdają sobie sprawę z niemożności dotarcia do sedna, które – w sensie mistycznym – wciąż im umyka; w śmierci bliskość oddala się, zachwyt blednie, człowiek jest sam. Śmierć obejmuje ramieniem.”
Wraz z kolejnymi postaciami pojawiającymi się na kartach opowieści, poznajemy świat widziany z wielu perspektyw. Towarzyszymy myślom i uczuciom Klarysy, Ryszarda, Piotra oraz Septimusa, odkrywamy ich prawdziwe emocje, kryjące się za przybieraną codziennie przez każde z nich, maską przyzwoitości i pozornego szczęścia.
Depresant – to pierwsze słowo które przyszło mi na myśl, a które chyba najdobitniej oddaje charakter książki. Proza Wirginii nie należy do lekkich i przyjemnych. Przepełniona emocjami, nakreślająca otaczający nas świat na wskroś dokładnie, rozkładająca ludzkie uczucia na czynniki pierwsze, wyostrza wszystkie zmysły czytelnika. Książka o utraconych marzeniach, o prozaiczności i kruchości ludzkiego życia, w końcu zaś o szukaniu sensu w codzienności, w zieleni liści czy zachodzie słońca.
Poprzez książkę „Pani Dalloway” Virignia chciała także pokazać, że w umyśle człowieka współdziałają pierwiastki męskie i żeńskie, a każdy wielki umysł jest androgyniczny – działają w nim dwie równe siły: rozum jako pierwiastek męski, imaginacja i intuicja jako pierwiastek żeński, co odnajduje swoje potwierdzenie w narracji Virginii oraz zakończeniu powieści.
A wydanie z 1961 roku - żółte, stare kartki, materiałowa okładka, wiele podkreśleń w środku, notatek innych czytelników – jednym słowem biblioteczna perełka ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
